Relacja 29.03-05.04.2017

Przejazd i przeloty

Zanim znalazłem się na afrykańskiej ziemi do pokonania miałem ponad 7000km i prawie dobę podróży. Najpierw trasa autem do Warszawy, ponad 450km w 5h, potem przelot z lotniska Okęcie do Szwecji, a na koniec nieco opóźniony przelot ze Sztokholmu do Etiopii. Samochodem jadąc głównie A4, S8 i wciąż darmową A2 z Łodzi do Warszawy było nawet przyjemnie. Przelot do Sztokholmu małym Bombardierem CRJ-900 był chyba najbardziej wygodnym ze względu na miejsce przy wyjściu awaryjnym, gdzie jest dużo przestrzeni na nogi. Lot do Etiopii dużym Boeingiem 787-8 Dreamliner. Samolot owszem spory, największe wrażenie robią ogromne silniki, jednak w środku siedzenia raczej standardowe i miejsca niezbyt wiele przynajmniej dla tak wysokiej osoby jak ja. Poza mną leciało jeszcze kilku białych w tym oczywiście Holendrzy i Azjaci. 😉  Po skromnej kawie i batoniku w krótkim przylocie LOTem, menu w liniach etiopskich składało się na dwa spore posiłki oraz cztery propozycje drinków z alkoholem włącznie. 

Pozdrowienia z Etiopii!! – 30.03.2017

Sam nie mogę jeszcze uwierzyć w to, że znalazłem się w tak egzotycznym kraju. Przygoda zaczęła się już zaraz po wylądowaniu w Addis Abeba. Najpierw miałem trudności z uzyskaniem wizy, ponieważ nie miałem zarezerwowanego żadnego  hotelu w Etiopii. Poradziłem sobie z tym po prostu kłamiąc pogranicznikowi, że będę spał w  Semien Lodge w górach czyli w pierwszym hotelu jaki przyszedł mi do głowy. To najwyższej położony hotel w Afryce. Na szczęście nie musiałem pokazywać rezerwacji. 😉 
Przyjemność otrzymania wizy to 50$, a cena zależy od długości pobytu. Do dwóch tygodni to 20$, a powyżej miesiąca 70$. Potem okazało się, że zagubiono mój drugi bagaż. Po kilku godzinach oczekiwania na decyzję pracowników biura obsługi bagażu zaproponowano mi nocleg w hotelu i obiecano, że bagaż znajdzie się do dnia następnego. Do wyboru miałem jeszcze rekompensatę w wysokości 75$ i pewnie bym skorzystał z tej opcji, gdybym mógł poruszać się rowerem. Hotel znalazłbym sobie tańszy, a przy okazji zwiedził stolicę. Niestety, klucze i kilka części było w zagubionym bagażu. Linie lotnicze Ethiopian Airlines zapłaciły za noc w hotelu Ambassador z transportem z i na lotnisko włącznie. Już pierwszej nocy przynajmniej mogłem odespać przeloty w wygodnym łóżku, wziąć prysznic i częściowo zaaklimatyzować się do wysokości.

Stolica Etiopii leży na ponad 2300m n.p.m.  i jest najwyżej położoną stolicą w Afryce. Po obiedzie udałem się na krótki spacer po Addis i od razu przypomniały mi się Indie i Delhi. Schemat podobny – bieda miesza się w luksusem, klaksony, ludzie mieszkający na ulicach, setki niedokończonych inwestycji i mimo braku upału i tak za ciepło dla mnie. W banku po okazaniu paszportu wymieniłem dolary na walutę Etiopii – birry. Dziesiątki razy zaczepiały mnie dzieci żebrzące o pieniądze oraz pucybuci, których także jest tu wielu. Inni po prostu się witali chyba tylko po to, żebym na chwilę zwrócił na nich uwagę. Skuszony tabliczką „Wi-Fi Zone” wszedłem do kawiarni na kawę i ciastko. Oczywiście Wi-Fi brak, za kawę i dwa ciastka zapłaciłem 80 birr czyli 12zł. Wieczorem dowiedziałem się, że mój mały bagaż rejestrowany został w Warszawie i przyleci następnego dnia rano, z Frankfurtu. Jak na razie, mój telefon łapie tylko jedną sieć, a hotelowej telewizji są trzy programy, z których najciekawszym jest CGTN – chińska podróbka CNN, ale po angielsku. W hotelowym menu do wyboru miałem ryż z wołowiną lub z rybą oraz pastę. Na obiad wołowina, na kolację ryba, a śniadania nie będzie, ponieważ od razu po przylocie bagażu chcę wyruszyć w trasę. Przed spaniem, przez uchylone okno do pokoju wleciały mi trzy komary, więc miałem jeszcze obowiązkowe polowanie. Rano o 7:00 będzie czekał na mnie kierowca, który zawiezie mnie na lotnisko, gdzie odbiorę bagaż, złożę rower i w końcu ruszę w drogę.

Addis Abeba – Etaya – 31.03.2017
135km, 17.8śr, 46.9max, 1125m w górę, 7h32min, 25-34℃

Po hotelowym śniadaniu, tuż po 7:00 kierowca zawiózł mnie i kilku innych gości na lotnisko. Mój zagubiony bagaż już na mnie czekał, przyleciał o 6:20 z Frankfurtu. Od razu zabrałem się za składanie roweru. Zajęło mi to ponad pół godziny. Najdłużej montowałem przedni- jak zwykle – bagażnik. Udało mi się także namówić pracownika przechowalni zagubionych bagaży, żeby przechował mi karton na czas podróży. Karton jak i drugi bagaż przyleciały w zadziwiająco dobrym stanie. Niestety, nie udało mi się przebookować lotu powrotnego o jeden dzień do przodu, jako rekompensatę za stracony czas na oczekiwanie bagażu. Koszt to 200, a linie lotnicze pokrywają tylko koszty hotelowe, przynajmniej tak mi to wyjaśniono. Pierwsze kilometry na rowerze pokonałem jadąc obwodnicą stolicy kierując się na południe wśród sporej ilości samochodów, busów i ciężarówek. Tutaj raczej nikt nie przejmuje się normami spalania i zanieczyszczeniem powietrza. Po pierwszych 50km zarówno mnie jak i rower pokrywała spora warstwa kurzu. Wielokrotnie osmolony przez czarne chmury spalin z ciężarówek. Żałując, że nie mam maski antysmogowej, przez jakiś czas jechałem z chustą na twarzy. Co kilka kilometrów na drodze pojawiają się zwężenia, progi zwalniające lub miejsca bez asfaltu co sprawia, że od razu tworzą się niewielkie korki – i tutaj jestem szybszy od samochodów. 😉 Z Addis trasa prowadziła lekko z górki, a mimo to na koniec dnia i tak okazało się, że zrobiłem ponad kilometr w górę. Mniejszy ruch samochodowy zrobił się dopiero za miastem Adama, część kierowców wybrała też przejazd równoległą drogą płatną Expressway. Na drodze co chwilę pojawiają się konie, osły, krowy oraz kozy i kierowcy trąbią z daleka, aby zeszły im z drogi. Przed większością muszą jednak zwolnić, szczególnie uparte osły nie są skore do ustąpienia z drogi. Niestety, zdarzają się ofiary śmiertelne, a leżące szczątki zwierząt na poboczach strasznie cuchną. W okolicach miast jest wiele dzikich wysypisk śmieci, na których dominują puste plastikowe butelki. W miastach ludzie raczej tylko na mnie patrzą, na wioskach wzbudzam już większe zainteresowanie, szczególnie wśród dzieci, które potrafią mnie wypatrywać nawet z odległości kilkuset metrów i zanim do nich dojadę to zlatuje się ich nawet 8-10. Głównie krzyczą do mnie „falanji” czyli obcokrajowiec, ale też „money, money” i „welcome”. Kilkoro już mnie goniło, na szczęście nie łapali za rower czy sakwy. Kilka osób pojawia się natychmiast wokół mnie, kiedy tylko się na chwilę zatrzymam. Niektórzy pytają skąd jestem i gdzie jadę, lecz większość po prostu się przygląda. Na wioskach widać sporo ludzi, a nawet małe dzieci z żółtymi baniakami na wodę po 5-10L. Widać, że w porze suchej w wielu miejscach brakuje im wody. Na koniec dnia czekał mnie pierwszy większy podjazd do wioski Etaya. Z ciekawości zapytałem o nocleg w małych hotelu. Cena 80birr/14,40zł. W pokoju łóżko, prysznic i elektryczność. Zdecydowałem się głównie z myślą o zimnym prysznicu i zmyciu z siebie warstwy klejącego brudu po całym dniu jazdy. Spragniony wziąłem jeszcze piwo, którego cena wynosiła 12birr/2zł. Na światło dzienne mogę liczyć od 6:30 do 18:40, więc wychodzi na to, że 12h mogę być w ruchu i prawie tyle samo odpoczywać.

Etaya – Assasa – 01.04.2017 
130.5km, 16.1śr, 56max, 1560m w górę, 8h07min, 12-28℃

Równo ze wschodem słońca ruszyłem w trasę. Przyjemne 12℃ było miłą odmianą po wczorajszym upale. Przed miastem Assela minęła mnie grupka maratończyków, zapewne z obozu szkoleniowego przy uniwersytecie, obok którego przejeżdżałem. Podjazd do Assela nieźle mnie podmęczył. Miasto znajduje się na wzgórzu, a w samym centrum nachylenie drogi przekracza 10%. Kiedy dojechałem do kolejnego miasta, byłem już na wysokości ponad 2800m n.p.m.

W Bekoji postanowiłem spróbować lokalnego specjału. Injera to okrągły placek podobny do naleśnika wytwarzany z ziaren teff, które w Etiopii są lepiej znane niż nasze zboża. Injerę podaje się z mięsem i warzywami. Ja dostałem tylko warzywa, zapewne dlatego, że tutaj w niektóre dni nie jada się mięsa. Sam placek smakuje trochę nijako, jest mokry i trochę kwaskowaty. Do ciasta dostałem warzywa na kilku oddzielnych kupkach. Były tam między innymi ziemniaki, cebula, buraki, kapusta, papryka, groch, ryż, pomidory i być może ciecierzyca, ale tej ostatniej nie jestem pewien. Udało mi się zjeść ponad połowę placka i wszystkie warzywa. Zdecydowanie duża porcja, za którą zapłaciłem 20birr/3.60zł. Woda gratis. Przydaje się, ponieważ część warzyw jest pikantna. Pierwsza, ale na pewno nie ostatnia taka uczta. Muszę spróbować jeszcze z mięsem. W okolicach wioski Meraro otarłem się o 3000 metrów n.p.m. Przynajmniej tak wskazywał licznik. Po powrocie sprawdzę dokładną wysokość. Dalej miałem już z góry, zjechałem do miasta Assasa na wysokość 2400m n.p.m. Tutaj też zostałem na noc. Tania wersja hotelu i znów 80birr za noc. Dziura, ale łóżko, zimny prysznic i elektryczność jest. Poza tym bezpiecznie, nie żebym się tutaj czegoś obawiał, bo ani ze strony zwierząt, ani ludzi raczej nic mi tu nie grozi. A może po prostu robię się zbyt wygodny? 😉 15zł za nocleg nie majątek, a jak tak dalej pójdzie to namiot okaże się zbędny, podobnie jak w Indiach, gdzie noclegi były jeszcze tańsze.

Ogólnie dzisiejszy dzień był bardziej wymagający od wczorajszego. Mniej zjazdów, więcej płaskiego oraz podjazdów. Dzieciaki coraz bardziej zaczynają mi doskwierać, to ich ciągłe „falanji”, które słyszę kilkadziesiąt razy dziennie lub „money, money” staje się dość irytujące. 😉 Przynajmniej samochodów jest mniej i większy spokój poza miastami. Jutro pierwsze wyzwanie – wjazd na przełęcz na ponad 3600 metrów. 

Assasa – Dinsho – 02.04.2017
97km, 12.7śr, 48.1max, 1730m w górę, 7h34min, 9-26℃

No proszę, wystarczy jedna większa przełęcz i od razu dystans dzienny nie przekroczył 100km. Przełęcz w sumie nie byle jaka, bo najwyższa asfaltowa w Etiopii i całej Afryce o wysokości powyżej 3600m n.p.m. !! Rano było tylko 9℃, więc musiałem założyć kurtkę. Przez kolejne dwa dni będę jeszcze wyżej, więc mogę się pewnie spodziewać jeszcze niższych temperatur. Pierwsze 40km do miasta Dodola w miarę płaskie, główny podjazd na przełęcz zaczął się dopiero za miastem Adaba. Właśnie tam zatrzymałem się na kawę, którą dostałem z mlekiem, co w Etiopii raczej częste nie jest. Zauważyłem, że w restauracji akurat była dostawa białego pieczywa, więc skorzystałem z okazji i wziąłem jeszcze dwie bułki. Przepyszne, świeże, chrupiące i zapewne bez żadnej chemii jak u nas. Sił na podjazd starczyło mi mniej więcej na połowę trasy na przełęcz, później musiałem częściej zatrzymywać się na krótki odpoczynek. Maksymalne nachylenie dochodziło do 10%, więc nie najgorzej. Niektóre ciężarówki podjeżdżały tylko nieznacznie szybkiej ode mnie. Ponad 30km wciągałem się prawie pięć godzin. 😉 W okolicach przełęczy zaczęło mocno wiać i nawet trochę pokropiło. Jak się potem okazało, minąłem najwyższą część przełęczy i zdjęcie zrobiłem nieco niżej. Jednak nic straconego, ponieważ i tak muszę wracać tą samą drogą po zdobyciu kolejnego celu. Podjazd na przełęcz jest skokowy, chwila w miarę płaskiego, chwilę bardziej stromy odcinek i tak większość górnego odcinka. Na przełęczy oczywiście nie ma żadnych tablic z informacjami o wysokości lub nazwie przełęczy, a pinezkę z najwyższym punktem miałem zaznaczoną kilometr dalej wg Google Earth. Jak widać nie zawsze wysokość dokładnie pokrywa się z GE.

Po szybkim zjeździe na wysokości około 3050m n.p.m. dotarłem do Parku Narodowego Bale Mountains, o czym informowały znaki. Od razu zauważyłem stado guźców, a za chwilę także małpy i kilka antylop. Wszystkie raczej płochliwe, jednak kilku guźcom udało się zrobić zdjęcie z bliska. Moje pierwsze spotkanie z tym zwierzem uznaje za bardzo udane. Poza tym, to pierwsze większe dzikie zwierzę jakie tu zobaczyłem. Przez trzy dni jazdy mijałem tylko zwierzęta domowe, a widok guźca klęczącego nad trawą i zajadającego się kilka metrów dalej jest naprawdę fascynujące dla Europejczyka. W sumie niby tylko odmiana świni z większymi kłami, ale widok bardzo ciekawy. Ponieważ znów zaczęło padać, udałem się do miasta Dinsho, gdzie zostałem na noc. Deszcz padał dość mocno z przerwami na chwilę słońca przez kilka godzin. Przez to, że wjechałem do części Etiopii, w której przeważają muzułmanie, raczej nie mam szans na injerę z mięsem. Tutaj zamiast warzyw dostałem tylko miskę z pikantnym sosem. W tanim hotelu, w którym spałem spotkałem turystę z USA, Mike’a, który podróżuje z plecakiem po Etiopii od dwóch miesięcy. Fajnie było w końcu spotkać białą twarz, wymienić doświadczenia i przećwiczyć angielski 😉 Generalnie chyba był to najbardziej spokojny dzień z małą ilością krzyczących dzieciaków. Samochodów też już dużo mniej, przeważnie same busy lub ciężarówki.

Dinsho – Tulu Dimtu – 03.04.2017
75km, 10.9śr, 1780m w górę, 49.9max, 7h31min, 4-28℃

Poranek znów chłodny, tylko 8℃. Na dodatek rano musiałem zmienić dętkę, ponieważ przez noc ciśnienie w niej spadło o ponad połowę. Aby wjechać do parku, należy zapłacić 90 birr za dobę w biurze znajdującym się na obrzeżach Dinsho. Biuro czynne od 9:00, kasjer przyszedł 9:15, więc straciłem na czekanie prawie dwie godziny. W oczekiwaniu na otwarcie biura obserwowałem żerujące niale grzywiaste, które chodzą w bliskiej odległości od budynków. Samce z ogromnym porożem wyglądają naprawdę imponująco. Na terenie biura parku można rozbić namiot lub wynająć pokój. Z Dinsho leżącego na ponad 3000m n.p.m. zjechałem do Robe na niecałe 2500m n.p.m. Tam minąłem tutejszy uniwersytet wraz z nowoczesnym campusem. Zupełnie nie pasuje do otoczenia – chat z lepianki i straganów z blachy. Dopiero tutaj zaczął się lekki podjazd do kolejnego miasta Goba, oddalonego o około 13km. Tam też zatrzymałem się na koktajl owocowy z papai i awokado. Pomiędzy warstwami owoców była jeszcze czekolada. Coś pysznego, a zarazem pożywnego. Wypiłem dwa. 🙂

Za miastem kończy się asfalt i zaczyna droga szutrowa. Sądziłem, że za szlabanem wjechałem do Parku Narodowego Bale Mountains, jednak ten był sporo wyżej. Najpierw czekał mnie przejazd przez wioskę, w której jak się okazało była najtrudniejsza i najbardziej stroma część podjazdu. W wiosce w zamian za butelkę wody rozdałem dzieciom większość lizaków i długopisów, które zabrałem ze sobą z Polski. Za wioską na wysokości ponad 3000 metrów n.p.m. był oznaczony budynek ze strażnikiem, który sprawdzał bilety wstępu zakupione w HQ parku w Dinsho. Trochę słaby pomysł z zakupem biletów 40km od miejsca, w którym wjeżdża się do parku. Dla mnie brak biletu to strata całego dnia na powrót do Dinsho i z powrotem. Za checkpointem dostrzegłem charakterystyczne anteny na jednym ze szczytów, jednak okazało się, że to nie cel mojej wspinaczki. Ponieważ do zmroku było coraz bliżej, a mocy niestety nie było, widziałem, że noc spędzę gdzieś na terenie parku. Tutaj dopuszczalne jest  rozbicie namiotu oczywiście za dodatkową opłatą (40birr/noc). Miałem nadzieję na zdobycie szczytu już dziś i zjazd do Goba na nocleg, więc takiej opłaty uprzednio nie wniosłem. Niestety, oczekiwanie na bilet i ciężki podjazd sprawiły, że szczyt będzie musiał na mnie poczekać do jutra. Zabrakło około 12km. W poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg niezbyt blisko drogi moją uwagę przykuła kopalnia, a raczej wyrobisko skalne, do którego prowadzi boczna droga. Tutaj w zaciszu na wysokości około 4100 metrów n.p.m. osłonięty skałami rozbiłem namiot. Już wieczorem temperatura spadła do +5℃, więc wiedziałem że będzie jeszcze chłodniej. Po kolacji, w której głównym daniem była puszka z rybą z Polski, zaczęło padać.

Tulu Dimtu – Dinsho – 04.04.2017
95km, 12śr, 1420m w górę, 50.2max, 8h23min, -4-27℃

W nocy i nad ranem padało na tyle mocno, że w namiocie pojawiła się woda, natomiast rano temperatura spadła poniżej zera i wszystko zamarzło. Cały tropik pokryty cienką warstwą lodu zarówno od wewnątrz jak i zewnątrz zrobił się sztywny. Kiedy wychodziłem z namiotu o 6:30 było -4℃, mocno wiało i zapowiadało się na deszcz. Na szczęście, po godzinie się przejaśniło, a ja w końcu zobaczyłem Tulu Dimtu. Od głównej drogi do szczytu są cztery kilometry, o czym informuje kamienny drogowskaz. Na wierzchołku zameldowałem się około 9:00. Stoją tam dwa maszty oraz budynek, które ogrodzone są dookoła. Obok znajduje się tablica z nazwą, wysokością 4377m n.p.m. oraz podane jest, że to drugi najwyższy szczyt kraju. Na górę prowadzi najwyższa droga Etiopii i całej Afryki. Zaraz po tym, jak zrobiłem sobie zdjęcia przy tablicy, nagle pojawia się grupa etiopskich turystów, którzy wysiedli z autobusu  wjeżdżającego na wysokość około 4300 metrów n.p.m. Szczyt Tulu Dimtu znajduje się na płaskowyżu Sanetti, które wznosi się na ponad 4000 metrów n.p.m. Nie dostrzegłem tu wielu zwierząt ani ciekawych roślin. Spotkać tu można zagrożonego wyginięciem niewielkiego wilka etiopskiego. Udało mi się dostrzec – poza pasącymi się wysoko zwierzętami hodowlanymi – jedynie mysz, zająca oraz kilka szaro-brązowych ptaków nielotów.

Zjazd w dół, a raczej droga powrotna zajęła mi ponad cztery godziny. Na płaskowyżu zarówno w jedną, jak i drugą stronę droga nie została poprowadzona płasko. W dół jest dopiero przy okolicach pierwszego nadajnika. W mieście Goba ponownie byłem po 13:00 i od razu zjechałem niżej do Robe, gdzie zapowiadało się na deszcz. Rozpadało się w sumie chwilę po tym, jak zatrzymałem się przy restauracji i zamówiłem injerę z warzywami. Kilka razy także zagrzmiało. Była już 15:30, a ja chciałem na noc wrócić do Dinsho, skąd jutro ponownie wjadę na wysoką przełęcz. Prawie połowę z 28km dystansu przejechałem w deszczu  chowając się dwa razy, gdy zaczęło mocno lać. Do Dinsho dojechałem chwilę po 18:00, pokonując dodatkowe 500m w górę. Nocleg w tym samym hotelu i pokoju, co za pierwszym razem. W wiosce nie udało mi się już kupić chleba, więc na kolację musiałem zadowolić się biszkoptami – injera dwa razy dziennie to przesada. 😉 Mokry namiot i ubranie rozłożyłem po pokoju. Mam nadzieję, że wyschną. W górach Bale odpocząłem trochę od dzieciaków i upału, który doskwiera nieco niżej.

Dinsho – Negele – 05.04.2017
168.5km, 18.7śr, 58.7max, 1680m w górę, 9h01min, 7-28℃

Piękny dzień, królewski etap. 🙂 Noc ulewna. Duże krople deszczu głośno uderzały bezustannie o cienki dach z aluminiowej blachy mojego pokoju. Oczywiście nic poza namiotem mi nie wyschło, więc ciuchy będę musiał suszyć na trasie podczas jazdy. Kiedy ruszałem w drogę o 7:00 wciąż trochę kropiło. Dobrze pamiętałem jednak drogę na przełęcz i wiedziałem, że po drodze jest kilka miejsc, w których można się schować w razie większego deszczu. Na szczęście coraz bardziej się wypogadzało, a ja ze świeżym zapasem sił byłem coraz bliżej przełęczy. Z Dinsho to 25km podjazdu i tylko 700 metrów w górę. Z przełęczą uporałem się do 9:00. Po drodze znów minąłem stadko guźców, małp oraz nial, które upodobały sobie rozległą równinę na obrzeżach Parku Bale. W niewielkiej wiosce, tuż pod przełęczą przez kilka kilometrów towarzyszył mi chłopiec na starym i ledwo użytecznym rowerze. Na przełęczy strasznie wiało i straszyło deszczem. Tym razem na najwyższej jej części, przy kamiennym słupku informującym o 375 kilometrze drogi od stolicy Addis Abeba zrobiłem kilka zdjęć, założyłem dodatkową bluzę, czapkę i zacząłem zjazd.

W południe byłem już w mieście Dodola, a na liczniku miałem 80km. Tutaj zjadłem śniadanie, napiłem się kawy z mlekiem w tym samym barze, w którym zatrzymałem się jadąc w stronę Tulu Dimtu. Potem trochę zmieniłem trasę przejazdu i zamiast wracać tą samą drogą do stolicy udałem się w stronę miasta Shashemene, gdzie skręciłem ma północ i drogą numer 7 dojadę do Addis. Przy okazji znajdę się w okolicach dwóch małych parków narodowych w pobliżu jezior, a to szansa na zobaczenie nowych zwierząt. Trasa trochę dłuższa, ale już widzę, że bardziej płaska i szybsza. Dziś udało mi się zobaczyć kilka sępów, rozszarpujących  jakaś padlinę oraz ciekawego ptaka z zakrzywionym dziobem – ibisa czczonego. Zdjęcia dobrej jakości niestety na aparacie, więc będę mógł pokazać je dopiero po powrocie. Ogólnie bardzo ciężko tutaj o dobre Wi-Fi. Nawet jeśli uda mi się gdzieś połączyć z siecią – w hotelu, restauracji czy kafejce internetowej to i tak niewiele mogę zrobić. Facebook i Messenger nie działa, poczta tylko czasami, a przeglądanie stron idzie bardzo wolno. Najlepiej działa tutaj Viber, ale nawet za jego pomocą nie da się wysyłać zdjęć. Aby wstawić relację lub post, wysyłam więc zdjęcia z tekstem mailem, a mój osobisty „inżynier wyprawowy” zajmuje się resztą. 🙂 Zasięg sieci komórkowych jest praktycznie wszędzie, jednak mogę jedynie odbierać i wysyłać wiadomości SMS. Koszt SMS z Etiopii to 1.51 zł. Pewnie łatwiej by było zakupić tutaj kartę sim, jednak ja nigdzie tego nie robię. Będąc tutaj lepiej odpocząć od internetu i FB oraz skupić się na aktywnym wypoczynku. 😉
Wracając do dzisiejszej trasy – miałem parę przygód. 🙂 Najpierw, nie wiadomo skąd, na drodze przede mną pojawiła się krowa i niewiele brakowało… Na szczęście udało się wyhamować, a i krowa nieco odskoczyła. Dzieci już nie wołają na mnie „falanji” tylko „you, you, you, money, money”, zupełnie jakbym był jeżdżącym bankomatem. Nie wiedzieć czemu, krzyczą też China, pewnie podróżowało tutaj paru Azjatów na rowerach. Zapewne nie byli to Chińczycy tylko Koreańczycy z południa, bo to oni, podobnie jak Holendrzy, jeżdżą po całym świecie. Dla Etiopczyków to pewnie żadna różnica. Niestety, dzieciaki już nie tylko krzyczą jak mnie zobaczą, ale też biegną za mną i czasami rzucają kamieniami w moją stronę. Z reguły jak wrzasnę, zatrzymam się lub zawrócę to uciekają w popłochu. Jak na razie szybciej biegają niż celują, jednak już sam fakt jest przykry, a dziś zdarzyło się to kilka razy. Są jednak i tacy, którzy kibicują, klaszczą i życzą powodzenia na trasie, więc wszystko się jakoś wyrównuje. Od miasta Dodola pomagał mi trochę wiatr i mimo, że przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów piąłem się w górę to praktycznie tego nie czułem. W mieście Kofale osiągnąłem wysokość ponad 2700 metrów n.p.m., gdzie zaczął się zjazd do Shashemene i dalej do miejsca dzisiejszego noclegu w Negele było lekko w dół. Stąd tak dobry dzisiejszy wynik, pomimo sporej ilości podjazdów. Udało mi się nieco odrobić straty z ostatnich trzech dni, gdzie było momentami naprawdę ciężko. Niemniej, codziennie musiałbym robić taki kilometraż jak dziś, żeby osiągnąć wszystkie zaplanowane cele, a to raczej niemożliwe. Powoli, ale do przodu jadę dalej. 100km dziennie, a przynajmniej średnia z wyprawy na koniec, musi być. 😉 Nocleg w hotelu głównie dla kierowców ciężarówek. Dzisiejsze wydatki to: kawa i dwa chleby 8birr/1.5zł, nocleg 60birr/11zł, injera i piwo 32birr/5zł. Nie najgorzej, prawda? 🙂