Relacja 06-13.04.2017

Negele – Koka – 06.04.2017
135km, 16.2śr, 56.9max, 380m w górę, 8h16min, 10-28℃

W sumie dość szybko, ale chyba wpadłem już w wyprawowy rytm. Nie chodzę spać padnięty i nie wstaję zmęczony. Dziś do ósmej rano miałem już 30km, a do dziewiątej 45km. Początek lekko w dół. Potem zaczęły się schody, a w zasadzie dziury na drodze, które skutecznie mnie spowalniały. Do tej pory, na drogi nie miałem co narzekać – są nawet dobre, chociaż co kilka, kilkanaście kilometrów zdarzy się większą dziura, w którą lepiej nie wjeżdżać. Na dodatek zaczęło mocno wiać z północy i tempo znacznie spadło, chociaż długo utrzymywałem średnią powyżej 20km\h. Etap bardzo płaski, tylko niecałe 400 metrów w górę na ponad 130km to naprawdę mało. Przed południem spełniło się moje kolejne małe marzenie i miałem bliskie spotkanie z wielbłądami. Tuż przy drodze, drzewa akacji podjadało ponad dwadzieścia ogromnych zwierząt. Swobodnie mogłem spacerować pomiędzy nimi i robić im zdjęcia. Płochliwe raczej nie były, ale bardziej zainteresowane liśćmi, a ja im tylko przeszkadzałem. 😉 Po kilku minutach pojawił się młody chłopak, pasterz. Sam chciał żeby mu zrobić zdjęcie, oczywiście w zamian za kilka birr. Przed południem minąłem okolice trzech jezior, przy których utworzono dwa niewielkie parki narodowe. Szkoda, że nie miałem okazji podjechać bliżej. Żerują tu bowiem flamingi, które fajnie by było zobaczyć. Pod koniec trasy, gdzie jezioro Koka prawie styka się z drogą napotkałem za to stado pelikanów. Spore ptaki. 🙂 Ogólnie ten region jest bogaty w ptactwo. Widziałem dziś ponownie ibisy, dużo małych żółtych ptaszków – być może kanarków, sporo  niebieskich i wielobarwnych.

Jeździłem dziś w miarę nisko, bo na wysokości około 1600-1700 metrów n.p.m., więc i temperatura jest wyższa niż w górach. Dwa razy zatrzymywałem się na naturalny sok z mango. Po pierwsze pyszny, a po drugie zimny i skutecznie gasi pragnienie. Wczoraj, przy każdym mijanym przeze mnie domu z lepianki była mała plantacja bananów, a dziś po drodze rolnicy sprzedawali kolejno banany, mango, czerwoną cebulę, arbuzy i dynie. Dzień bardzo spokojny, nawet dzieciaki jakoś bardzo za mną nie biegały. Kilka osób jak zwykle pytało, gdzie jadę i skąd jestem. A jedna dziewczynka zapytała jak mam na imię i dostała ostatni długopis jaki miałem. 😉 Nawet policjant zapytał, czy u mnie ok. Końcówka dnia była bardziej męcząca, ponieważ ze względu na remont drogi w kilku miejscach musiałem zjeżdżać na szutrowe pobocza. Po raz kolejny nawdychałem się spalin i pyłów. Chciałem dziś dojechać do miasta Mojo, gdzie zatoczyłbym koło, ale zabrakło 20km przez dziury i wiatr rzecz jasna. Nocleg w tanim hotelu w wiosce Koka, a na kolację injera z rybą na ostro. Aż łzy ciekły od małych zielonych papryczek 🙂 Jutro muszę przeżyć ponowny przejazd przez stolicę, którą najchętniej ominąłbym szerokim łukiem oraz wjechać na 3000 m n.p.m. na wzgórze Entoto.

Ogólnie Etiopia coraz bardziej mi się podoba. Oczywiście ma swoje zalety i wady, jednak ja staram się dostrzegać tylko te pierwsze. Ludzie może nie są bogaci i mają swoje problemy, ale jak dotąd nie spotkałem się z jakąś niechęcią w stosunku do mnie. Pomijając fakt, że wiele osób na różny sposób stara się wyżebrać kilka birr, to jako klient w restauracji lub hotelu raczej nie mam wrażenia, że jestem naciągany. Ceny noclegów, injery, piwa, chleba są raczej stałe i niewiele się różnią, a zdarza się, że czasem nawet dostaję paragon za zakup. Oczywiście wszędzie są jakieś widełki cenowe i także na to mam wzgląd. Czasem nawet za nocleg uda mi się wytargować 10birr mniej, ponieważ nie ma ciepłej wody lub toalety w pokoju. Jednak takie niskie standardy są prawie wszędzie, no i przecież sam najtańsze hotele wybieram. Od pierwszego dnia widzę jak duży problem ludzie mają tutaj z wodą. W miastach i na wioskach nie ma sieci wodociągowych i kanalizacji. Codziennie zdarza mi się dostrzec całe rodziny z charakterystycznymi żółtymi plastikowymi kanistrami, które przemierzają nawet po kilka kilometrów po wodę ze studni. W rękach, na plecach, na osiołkach, na powozach, motorach, rikszach i busami, wszyscy codziennie targają wodę do swoich lepianek. Niestety, zdecydowana większość ludzi tutaj nie ma swobodnego dostępu do wody poprzez proste przekręcenie kurka w kranie. Większość domów nie ma nawet elektryczności. Można sobie tylko wyobrazić jak trudniejsze życie mają Etiopczycy. Większość z nich to rolnicy, więc woda jest im niezbędna do podlewania pól i pojenia zwierząt w czasie pory suchej.

Litr wody butelkowanej kosztuje tutaj 10-15birr/1.7-2.6zł czyli drożej niż u nas. Tylko nieliczni mogą sobie na nią pozwolić. Ja natomiast cieszę się z butelek z filtrem Water-to-Go, które dają mi spory komfort w podróżowaniu. Cały czas mogę pić czystą wodę bez obaw o swoje zdrowie.

Koka – Sululta – 07.04.2017
116,5km, 14.7śr, 1580m w górę, 46.1max, 7h53min, 11-28℃

Początek dnia podobny do wczoraj. Dziury, wiatr, a potem także pod górę. Praktycznie cały dzień powoli wspinałem się, aż osiągnąłem wysokość 3000 metrów na wzgórzu Entoto powyżej stolicy Etiopii. Od miasta Mojo do Addis jechałem już znanym odcinkiem trasy. Zarówno dojazd do stolicy jak i przejazd przez nią nie był przyjemny. Masa ciężarówek busów, autobusów i trójkołowych niebieskich taksówek. Hałas, spaliny, klaksony i tłumy ludzi oraz zwierząt, które co chwilę próbują niespodziewanie przejść na drugą stronę ulicy. Już wiem czemu niektóre dzieci na mój widok krzyczą „China”. W okolicach stolicy znajduje się wiele chińskich firm inwestujących w Etiopii. Chińczycy muszą robić Etiopczykom niezłe pranie mózgu skoro na Europejczyków wołają „Czajna”. 😛 Na dystansie kilkunastu kilometrów minąłem trzy duże fabryki oraz dużą stację kolei, w którą Chińczycy także inwestują. W mieście na skrzyżowaniach dodatkowo tworzyły się niewielkie korki, ponieważ mimo zamontowanych liczników i świateł kierowcy i tak je ignorowali. W sumie, w stolicy zatrzymałem się może kilka razy. Na koktajl owocowy, w piekarni, przy Ambasadzie Polski oraz na przerwę na burzę jaka przeszła nad miastem popołudniu.

Najprzyjemniejszy był wyjazd ze stolicy drogą numer 3. Najmniej ruchliwy odcinek, ale i najbardziej stromy. Kilka kilometrów dalej, kiedy dojechałem do przełęczy i skręciłem w boczną drogę, aby wjechać na wzgórze Entoto, w lesie cieszyłem się już ciszą. Na tym oto wzgórzu znajduje się etiopski Kościół Ortodoksyjny, gdzie kiedyś cesarz Menelik założył stolicę. Tutaj też w roku 1882 został on koronowany na cesarza Etiopii. Ten kościół jest jedyną ciągle działającą pamiątką tamtych czasów i jednym z najważniejszych i najstarszych kościołów w Addis Abebie. W XX-tym wieku stolicę przeniesiono w obecne miejsce, ponieważ na Entoto mieszkańcom było po prostu zbyt zimno. Kościół wybudowano na planie ośmiokąta, a w środku można go obejść dookoła. Przed wejściem musiałem zdjąć buty oraz założyć bluzę z długim rękawem oraz spodnie zakrywające nogi. Ciekawy jestem, co znajduje się w ścisłym centrum kościoła. Może jakaś sala lub ołtarz? Obok kościoła znajduje się jaskinia, w której była jeszcze starsza świątynia.

Po zwiedzaniu po raz kolejny musiałem chować się przed ulewnym deszczem. Dalsza część trasy prowadziła już w dół, a tuż przed zmrokiem znalazłem tani hotel. Niestety chwilę później była awaria prądu i nie było go aż do rana, więc właściciel oddał mi część zapłaty. Ponieważ do końca wyprawy coraz bliżej, a czasu mało musiałem nieco skorygować i skrócić trasę wyprawy. Na razie udaję się na północ w góry Semien, gdzie znajdują się dwie drogi powyżej 4000 metrów n.p.m. oraz najwyższy szczyt Etiopii. Chciałbym zdobyć przynajmniej jedną z nich. Już raczej nie uda mi się odwiedzić miasta Lalibela i drogi na 4200m n.p.m. w jej okolicach. Nie wykluczone też, że pod koniec wyprawy część trasy do Addis Abeba będę musiał podjechać autobusem. Niestety czas na wyjazd miałem ograniczony, a dodatkowo najtańsze przeloty były właśnie w tym terminie, więc dużego wyboru nie było. Dodatkowo straciłem dzień na oczekiwaniu na zagubiony bagaż, a i podjazd na Tulu Dimtu zajął mi więcej czasu niż planowałem. Niemniej, najwyższe i najważniejsze swoje cele już zdobyłem w górach Bale, gdzie była najwyższa asfaltowa przełęcz i najwyższa droga Etiopii i Afryki. W góry Semien jadę bardziej z ciekawości zobaczenia małp Gelada czy Ibexów. Po drodze także będę miał jeszcze parę atrakcji. Drugi dzień z kolei mogę za to pospać do budzika o 6:00. Na północy kraju, gdzie jest więcej katolików, muzułmanie mają mniej meczetów i nie budzą całej okolicy głośnymi modłami poprzez głośniki umieszczone wysoko na minaretach.
Zapomniałbym – w końcu udało mi się zjeść injerę z mięsem i okazała się mniej dobra niż ta z rybą czy warzywami.

Sululta – Gohatsion – 08.04.2017
159.5km, 16.9śr, 1960m w górę, 66.8max, 9h26min, 11-27℃

Tysiąc kilometrów już za mną, a w sumie po dzisiejszej jeździe to już nawet 1100km. 🙂 Udany dzień i kilometraż. Ponad dziewięć godzin na siodełku z dwunastu, kiedy jest jasno. Dzisiaj trzymałem się głównie wysokości około 2600 metrów n.p.m. Czasem zjechałem trochę niżej, czasem wjechałem trochę wyżej, aż w pewnym momencie przekroczyłem niespodziewanie wysokość 3000m n.p.m. za miastem Fiche. Było tam jeszcze wyższe wzgórze sięgające może nawet 3400 metrów, na szczycie którego stały maszty antenowe, jednak nie kusiło mnie, aby tam podjechać. W kolejnym mieście przejeżdżałem obok wielkiej cementowni, którą oczywiście wybudowali Chińczycy. 😉 Dziś znów częściej słyszałem o sobie „China” niż „Falanji”. Na śniadanie zamiast bułki z kawą, jak planowałem, zjadłem makaron z warzywami. Spróbowałem też niewielkiej ilości tutejszego alkoholu. Mocny, jednak o mało charakterystycznym smaku i zapachu, chociaż trochę słodkawy. Za śniadanie zapłaciłem niecałe 40birr i otrzymałem paragon, który załączam w zdjęciu. Na nocleg zatrzymałem się w wiosce Gohatsion leżącej na skraju przełomu Białego Nilu. Jutro zjazd do kanionu, a następnie mozolna wspinaczka na wysokości +2000m n.p.m.

Gohatsion – Debre Markos – 09.04.2017
112km, 14.0śr, 2140m w górę, 61.3max, 7h57min, 11-32℃

Dziś tylko niewiele ponad 110km, ale za to rekord dziennego przewyższenia – powyżej 2100 metrów w górę. Rano czekał mnie zjazd z wysokości 2600m n.p.m. na około 1200m n.p.m. Nie mogę napisać, że zjazd był szybki, ponieważ musiałem uważać na koleiny i inne nierówności, które utworzyły ciężarówki. Kiedy dziś rano zobaczyłem przełom Nilu Błękitnego, pomyślałem: „O, znów Wielki Kanion”. 😉 Głęboki i szeroki wąwóz podobny do „pierwowzoru” w USA. Na jego dnie, niedaleko rzeki swoje siedliska mają małpy, których spotkałem tu kilkanaście. Nowy most Hedase Bridge w 2008 roku wybudowali Japończycy. Ciężarówki nie mają łatwo w tej okolicy. Bardzo powolnie zjeżdżają i podjeżdżają pod długie wzniesienia po obu stronach kanionu. Wiele z nich po drodze się psuje i stoi na drodze utrudniając innym przejazd. Wiele jest także wypadków. Tylko dziś na trasie widziałem co najmniej kilka rozbitych aut. Wiele samochodów po wypadkach jest doszczętnie spalona, nie wiem tylko czy palą je sami kierowcy czy też wandale. Ogólnie w całej Etiopii widać wiele porzuconych i spalonych wraków samochodów.

Z moim podjazdem z kanionu uporałem się do południa, kiedy to na liczniku pojawiła się wysokość 2400 metrów n.p.m. Mogłem w końcu uzupełnić płyny w mieście Dejen, a niestety zabrakło mi wody na jakąś godzinę. W połowie podjazdu udało mi się kupić też litr wody w jakiejś wiosce. O dziwo to dopiero mój drugi zakup wody w Etiopii. Kolejna zaleta butelek Water-to-Go. 🙂 W Dejen zjadłem śniadanie, napiłem się aromatycznej herbaty i ruszyłem dalej. Krajobraz przypominał wczorajszy dzień – pastwiska, pola uprawne i rozległe równiny, co jakiś czas przedzielone przez wzgórze. Na obiad zatrzymałem się w kolejnym mieście i po obrazkach trafiłem w końcu do restauracji, w której podaje się owocowe koktajle. Zamówiłem awokado-mango. Chciałem jeszcze zjeść injerę z warzywami, jednak w tej restauracji jej nie serwowali, co bardzo mnie zdziwiło. Zaproponowano mi sałatkę. Dostałem duży talerz zmieszanych owoców i warzyw i muszę przyznać, że było pyszne. W Polsce nigdy bym się nie pokusił, żeby zmieszać paprykę z bananem, pomarańcz z burakiem czy awokado z pomidorem. 😉 W sałatce była jeszcze marchew, cebula i mango. Do tego bułka i przyprawy. Trzeba taki mix zrobić w domu. 😉 Ostatnie godziny jazdy doprowadziły mnie do dużego miasta Debre Markos, gdzie zostałem na noc.

Debre Markos – Injibara – 10.04.2017
138km, 16.6śr, 1810m w górę, 50.4max, 8h15min, 12-33℃

W sumie dzień jak co dzień 😉 Rano lekko w dół, potem po prostej, a na koniec nawet się trochę zmęczyłem pod górę. Na śniadanie znowu jadłem makaron z warzywami i piłem najlepszą – jak dotąd – kawę. W sumie nie mam pojęcia, jakie przyprawy czy dodatki tutejsze „baristki” dodają do tego napoju, ale pierwszy raz w życiu smakuje mi kawa bez mleka. Cukru sypie się tutaj dużo, jednak to ciemny cukier trzcinowy, więc teoretycznie zdrowszy od naszego. No właśnie, codziennie zatrzymuję się na kawę, jestem w kraju, z którego kawa się wywodzi, a jeszcze nie widziałem tutejszych plantacji kawy. Co prawda w Ameryce Środkowej widziałem jak rośnie kawa na zboczach wulkanów oraz dziko przy drogach, jednak chciałbym zobaczyć jak to wygląda tutaj. Dzisiaj mijałem puste już pola po zbiorach ziaren teff, pola kukurydzy i ziemniaków, bananowce, a nawet poletko ananasów. Mam nadzieję, że w końcu wjadę w rejon Etiopii, gdzie rosną kawowce. Po raz kolejny przez cały dzień towarzyszyły mi przydrożne „stragany”. Rano za Debre Markos kobiety sprzedawały jakiś lokalny bimber w butelkach po droższych alkoholach, potem przez kilkanaście kilometrów przy drodze stały pufy oraz limonki, a na koniec dnia mijałem jakieś różnokolorowe włosie, być może jako ozdoba dla samochodów ciężarowych na przednią szybę. W międzyczasie znów zamiast obiadu wolałem wypić koktajl z mango z czekoladą, a raczej takie trzy 😉 Super smakują i gaszą pragnienie no i oczywiście chłodzą. Jakoś nie zauważyłem, aby sprzedawali tutaj lody, więc zimny koktajl je zastępuje. Na wioskach widziałem dziś także jak suszy się ziarna kukurydzy, paprykę i kilka kolorowych przypraw. Najprostszym sposobem jest rozłożenie ziaren na jakiejś macie lub plandece i wystawienie na słońce. Na dzieciaki obrałem dziś strategię ignorowania. Muzyka na uszy, kapelusz bardziej zaciągnięty na czoło, brak kontaktu wzrokowego i do przodu. O dziwo taktyka się sprawdziła, bo za bardzo za mną nie biegały i kamienie również nie poszły w ruch. Jutro i w kolejnych dniach będę robił tak samo. Pod koniec dnia wjechałem na ponad 2500m n.p.m., gdzie jeszcze parę godzin wcześniej na 1800m n.p.m. smażyłem się w słońcu, a temperatura była dla mnie zdecydowanie za wysoka.

Zarówno na południu w Górach Bale jak i tutaj powtarzającym się schematem jest zachmurzenie i deszcz popołudniu lub wieczorem. Mniej więcej do 16-17:00 jest gorąco i słonecznie, a potem tworzą się chmury, czasami zagrzmi i mocniej popada. Dobrze, że nie jadę w porze deszczowej. W Etiopii, zależnie od wysokości nad poziomem morza, pora deszczowa może trwać od maja do początku października. Zapewne wtedy leje całymi dniami, drogi stają się mniej przejezdne i zwiększa się ryzyko zachorowania na dengę czy malarię, bo komarów jest zdecydowanie więcej niż teraz. Właścicielka hotelu, w którym zatrzymałem się na noc powitała mnie w charakterystyczny sposób w jaki witają się Etiopczycy. Podanie ręki, a następnie zbliżenie się ciałami i dotknięcie barkami. Jak dotąd sądziłem, że taki sposób powitania jest zarezerwowany wyłącznie dla przyjaciół i znajomych, ale być może kobieta chciała, abym nie czuł się obco jako gość. 🙂

Injibara – Wereta – 11.04.2017
172km, 18.9śr, 1010m w górę, 53.1max, 9h04min, 9-29℃

Woohoo!! Nowy rekord wyprawy pod względem dziennego dystansu, z czego 100km zrobiłem do południa. W sumie na kilometry nie jeżdżę, ale ładnie dziś się przemieściłem. 😉 Do miasta Bahir Dar było łatwo. Mało podjazdów, sporo płaskiego i trochę w dół. W jednej wiosce zatrzymałem się na śniadanie i zamówiłem jajecznicę. Dostałem makaron, a przecież wcześniej właściciel pytał czy ta jajecznica ma być z solą. 😉 Jak w kabarecie o chińskiej restauracji 🙂 A propos Chińczyków,  widziałem dziś jednego czarnego. Twarz chińska tylko kolor skóry inny 🙂 Kilku Azjatów minąłem też za Bahir Dar. Remontowali most na rzece. Przy mieście Bahir Dar znajduje się największe jezioro w Etiopii – Tana Lake. To tutaj swój początek ma rzeka Nil Błękitny. Jest to największy prawy dopływ Nilu głównego. Kilka kilometrów poniżej miasta znajduje się znany w Etiopii wodospad kaskadowy. Nie udało mi się jednak do niego dotrzeć. Musiałbym zostawić rower i iść kilkaset metrów.

Kilka dni temu przekraczałem tą rzekę na wysokości 1200m n.p.m., tutaj jej bieg zaczyna się sześćset metrów wyżej. W Bahir Dar zatrzymałem się na chwilę przerwy w restauracji nad brzegiem jeziora. To była chyba najbardziej gorąca część dnia, a ja bardzo potrzebowałem ochłody. Restauracja kształtem przypominała ogromny szałas pokryty strzechą, taki typowy styl etiopski w ładniejszym wykonaniu. Koniec dnia jak zwykle ostatnio burzowy i deszczowy, ale i nieco chłodniejszy. Ostatnie 25km nieźle powiało mi w plecy, stąd między innymi udało mi się wykręcić taki dystans. Złą wiadomością jest fakt, że straciłem szprychę w tylnym kole i obręcz trochę ucieka na boki. Mam nadzieję, że kolejne będą się trzymać do końca wyprawy. Poza tym zgubiłem śrubkę od tylnego bagażnika. Nie mam zapasowej, jednak pozostałe trzy trzymają mocno. Przypiąłbym bagażnik trytytką, ale jakoś też zabrakło. 😉 Dziś znów widziałem jak pod kołami auta ginie pies. Nie wiem, który to już z kolei. Niby widzę, że kierowcy starają się omijać większe zwierzęta jak krowy, osły czy nawet kozy,  pewnie bardziej w obawie przed uszkodzeniem samochodu niż troską o życie zwierzęcia, ale jednak zbyt wiele ginie ich na tutejszych drogach. Przykre…

Wereta – Debre Zebit – 12.04.2017
142km, 13.8śr, 2760m w górę, 50.8max, 10h15min, 15-28℃

Wieczorem zadecydowałem, że omijam Góry Semien i udaje się na wschód drogą 22 do miasta Lalibela. Mało czasu, żeby jechać dalej na północ, a busem też jakoś nie mam ochoty wracać. Kierowcy jeżdżą jak wariaci, codziennie widzę rozbite samochody, a i swojego roweru na dachu auta też nie widzę. Wystarczy mi, że napatrzę się na kozy poprzywiązywane do dachowych bagażników Toyot Hiace i wydających z siebie histeryczne odgłosy podczas, kiedy kierowcy gnają z nimi jak szaleni. Dziwię się, że policja przystała na takie praktyki. Praktycznie w każdym mieście na większości skrzyżowań i w większości wiosek jest policjant, który zatrzymuje naprawdę sporo aut i sprawdza dokumenty kierowców.
Wydaje mi się, że im bliżej końca wyprawy, tym więcej kamieni leci w moją stronę. Dziś dzieciaki przechodziły samych siebie z bieganiem za mną i rzucaniem we mnie. Poza jednym, który trafił w szprychę przedniego koła wszystkie inne leciały obok. Szprycha została wyrwana w gwintu z nypla, jednak obręcz pozostała prosta, na szczęście. Jeszcze kilka takich akcji i będę musiał stwierdzić, że dzieciaki rzucające kamienie w „falanji” to problem. W sumie także na to znalazłem sposób. Jak widzę, potencjalną grupkę nudzących się dzieciaków przy drodze to wystarczy, że po minięciu ich odwrócę głowę w ich stronę. Kiedy patrzę na nie w ten sposób, czują respekt. Nie sądziłem, że ten dzień da mi popalić. Rekord pod względem przewyższenia w górę wynoszący ponad dwa i pół kilometra na wyprawie to sporo.  Spodziewałem się podjazdu na przełęcz za miastem Debre Tabor na wysokość powyżej 3000m n.p.m. Miało być 65km i 1300 metrów w górę. Jednak, jak to bywa w górach, nie zawsze bywa to takie proste. Początek dnia według planu, cały czas w górę. Jednak im wyżej wjeżdżałem tym więcej też było zjazdów i tak na każde dwieście metrów w górę miałem około stu w dół. Przed miastem Debre Tabor w dolinie minąłem kilka monolitycznych skał jak w Dolinie Monumentów. Nieco powyżej był gęsty las Libanos Forest, w którym ponownie spotkałem małpy. Chyba ten sam gatunek, co w okolicach przełomu Nilu Błękitnego.

Miasto Debre Tabor  minąłem na wysokości 2500m n.p.m. i spodziewałem się, że kolejne 30km do przełęczy będzie raczej płaskie. Owszem, wspinałem się powoli, jednak co chwilę był też jakiś zjazd w dół. Przełęcz oczywiście bez nazwy o wysokości około 3242m n.p.m. Dalsza część dnia podobna: raz w górę, raz w dół. Po zjeździe na około 2700metrów ponownie podjechałem na wysokość powyżej 3000m n.p.m. do miasta, którego nazwy nie znam, jednak na pewno jest to jedno z najwyższej położonych miast w Etiopii. Znajduje się powyżej 3100m n.p.m. Kawałek dalej, już drugi raz w tym kraju, mogłem zobaczyć tutejszy „Wielki Kanion”, a raczej dwa na raz. Droga numer 22 została poprowadzona granią, po dwóch stronach której, z góry mogłem spoglądać na co najmniej kilometrowej głębokości kaniony. Na koniec dnia czekał mnie jeszcze kilkuset metrowy podjazd do wioski Debre Zebit. Do zachodu słońca zostało już tylko pół godziny, a okazało się, że nie ma żadnego hotelu, w którym mógłbym przenocować. Na wyjeździe z wioski zapytałem gospodarza w języku pokazywanym czy mogę rozbić namiot obok domu. Nie miał nic przeciwko, a nawet zamiast kawałka trawy dostałem pół czegoś w rodzaju kuchni połączonej z przedsionkiem do głównej izby/sypialni. Dostałem również materac i skórę jakiegoś zwierzęcia, na której mogłem się położyć. Na kolację oczywiście injera z ostrym sosem oraz jakaś odmiana kaszy na przegryzkę. Jako zimny napój do popicia dostałem jakiś kwaśny wywar, z czego – nie wiem, ale wydawało mi się, że mógł zawierać kilka procent alkoholu. Trochę jakby skisły, sfermentowany. Nie bardzo mi smakował, jednak gospodarz wypił kilka szklanek ze smakiem. Pomieszczenie dzieliłem z kozą, która była przywiązania w drugim końcu izby oraz rodziną kur i kurczaków, które na noc chowane były w wielkim dzbanie. Muszę powiedzieć, że rodzina mimo, że biedna to bardzo gościnna. W chacie nie było nawet prądu, wodę kobieta z córką musiały nosić ze studni oddalonej o około 300m od domu. Tutaj to taki zwyczaj, że to kobiety noszą wodę. Przeważnie zbiorniki po 10L. Oczywiście za gościnę zapłaciłem rodzinie jak za tutejszy nocleg w hotelu. Kobieta początkowo nie chciała przyjąć pieniędzy, jednak widziałem, że są im potrzebne, więc byłem stanowczy. Dzieci z chęcią oglądały zdjęcia, które zrobiłem w ich kraju do tej pory. Tuż przed spaniem dziewczynka, która miała może z dwanaście lat odrabiała zadanie domowe przy małej latarce. Angielski dla Etiopczyków. Wydawało mi się, że to za trudne dla niej, tym bardziej, że nie potrafiła zbyt wiele powiedzieć po angielsku, ani zbytnio nie rozumiała co mówię.

Debre Zebit – Weldiya – 13.04.2017
152km, 15.9śr, 1736m w górę, 52.2max, 9h34min, 13-29℃

Ledwie wczoraj zmieniłem decyzję i odpuściłem odległe Góry Semien, a dziś okazało się, że droga do miasta Lalibela jest fatalna i w większości kamienista. 200km do Lalibeli i dalej do szczytu jechałbym pewnie trzy dni, a to znów za dużo. 🙁 Dziś, zamiast Lalibeli i jej monolitycznych kościołów oraz podjazdu na 4200m n.p.m. na pocieszenie mam tylko kolejne dwa podjazdy. Ogólnie ciekawy dzień ze względu na ciągłą jazdę powyżej granicy 3000 metrów. Nawet na tej wysokości znajdują się tutaj rozległe równiny, na których pasą się zwierzęta. Najwyżej wjechałem na ponad 3500m n.p.m. tuż przed zjazdem do miasta Weldiya. Droga numer 22 to najwyższa droga ciągła Etiopii, ponad 100km, czyli 1/3 całej drogi prowadzi powyżej 3000m n.p.m. Na koniec dnia fantastyczny zjazd w dolinę z 3500m na 1800m n.p.m. Na jednym z pierwszych zakrętów ponownie spotkałem małą grupkę małp i tym razem to na pewno były dżelady. Na kilku dorosłych osobnikach widziałem duże czerwone „serce” na torsie. Zanim zrobiło się ciemno udało mi się dojechać do miasta Weldiya leżącego na 2000m n.p.m. Po zmroku okazało się, że w mieście nie ma prądu i co za tym idzie i wody. O Wi-Fi już nawet nie wspomnę. Nie szukam na siłę, czasami się zatrzymam przy lepszym hotelu lub restauracji, jednak od kilkuset kilometrów brak możliwości wysłania zdjęć i relacji.

Już w tym momencie wyprawy nie jestem z niej do końca zadowolony. Tylko dwa główne, ale de facto najważniejsze cele zdobyte, lecz dla mnie to trochę mało jak na prawie trzytygodniową wyprawę. Teraz z kolei zrobiło mi się za dużo czasu i dlatego ponownie zmieniam trasę przejazdu. Z miasta Weldiya do stolicy mam 525km i 6 pełnych dni jazdy. W moim aktualnym tempie do Addis dojechałbym w cztery dni, a nie chcę kolejnych dwóch spędzać w tym mieście. Aby w pełni wykorzystać pozostały czas w Etiopii pojadę bardziej na wschód do drogi numer 1 i udam się nią do miasta Adama. Na tym odcinku leżą trzy parki narodowe, więc będzie okazja na zobaczenie afrykańskiej fauny. Minusem tego pomysłu będzie pewnie większy upał niż w górach oraz konieczność przejechania odcinka Mojo-Addis po raz trzeci.